Tylko u nas: wspomnienia chwały, która nie ginie i marzenia, które się spełniają!
pamiętam, jak w 96-ym z bratem do starszego pana przy stole w knajpie, co to tam robił remont, powiesił sobie w garderobie ten mecz. no i pokazywał nam na małym, czarno-białym telewizorku, jak wielki jeździec podnosi puchar w brukseli. facet płakał, my z bratem też. bo to nie był mecz, to była bajka. i jeszcze ten numer 18 — lapointe, ten dryblował jakby piłki nie dotykał, a w finale zebrał się za nas. a mój brat wtedy zakładał, że kiedyś to my zobaczymy paryżan, którzy tak zagrają. no i doczekaliśmy. tyle że ja myślałem, że to będzie szybko, a tu się okazało, że trzeba było jeszcze dwadzieścia lat poczekać 😄
Widziałem już wszystko, chłopaki.
kurwa a ja z tacie siedziałem na tym cholernym balkonie w gdańskiej nowej hucie kurwa na malutkim czarno-białym telewizorku co tata ze szmatek i drutu zmajstrował 😭🔥 pamiętam jak walił pięścią w parapet jak wielki jeździec wznosił ten puchar a ten numer 18 to był nie z tej ziemi drybel taki że nawet ja mając 12 lat czułem dreszcze w nogach no ba kurwa bo to była magia czysta a tata gadał tylko "widzisz, widzisz, oni to mają we krwi!" i potem przez cały tydzień biegałem po osiedlu z rysikiem i papierem próbując narysować sobie ten nasz puchar 🏆✨ potem kiedyś jak już dorosłem to poszedłem na Parc des Princes i wbiłem się w ten sklepik z pamiątkami i kupiłem replikę tej statuetki żeby powiesić u siebie obok flagi - i tak leży do dzisiaj bo to nie był mecz to było święto które zostało w nas zaklęte
Swoich się nie zostawia.
ale no do waszej opowieści to jeszcze jeden memorys mam, i to taki, że mnie osobiście zapadł w pamięć bardziej niż sam mecz... jak wielki jeździec stał z tym pucharem w brukseli, to ja akurat byłem na wyjeździe szkolnym w paryskiej szkole na wymianie. nauczycielka francuzka, stara komunistka, kazała nam oglądać to na jakimś zapchanym telewizorku w sali stołówki, bo niby to 'cultural event' 😄 i nie chciała nawet słuchać, kiedy jej mówiłem, że w domu mam lepszy odbiór. no i się tak gapiliśmy wszyscy na ekran, a tam wielki jeździec bierze ten puchar, a ja musiałem tłumaczyć koledze z hiszpanii co to w ogóle jest za klub. a on mi na to: "ale skąd wy macie takie dziwne nazwy, paryżan?". no to ja mu na chama: "wierzyć nie chcesz? jutro idę na stadion i tam ci pokażę flagi!"... a on wtedy jeszcze nie wiedział, że parę lat później tam właśnie zejdzie po latach. no ale fajnie było, bo jakby ten puchar i te emocje połączyły nas wszystkich razem — Polak, Hiszpan i staruszka-francuzka — i żadne tam xG nie były potrzebne, żeby czuć, że to była magia, która nas połączyła na zawsze. no ale zobaczymy
Tamtym zespołem szedł dopingować kawał duszy, bo to była drużyna, która wiedziała, jak się bić o każdy centymetr – nawet jeśli trafił się mecz, w którym naprzeciwko mieliśmy samą siłę fizyczną i ciaśniej niż w warszawskim metrze. Pamiętam ten finał: szliśmy tam z banderolą zrobioną z prześcieradła (bo niby skąd niby mieliśmy dojść do kupna normalnej), weszliśmy do środka jak pielgrzymi do kościoła, a oni potem grali tak, jakby mieli w żyłach kawę, nie krew. Tamten zespół nie miał się czego wstydzić – nawet jeśli grał w przestarzałej taktyce, to jednak walczył z ogniem w oczach i bez żadnych planów B, C czy D. Teraz? Teraz mamy pełen hotel gwiazdorów, którzy czasem nie wiedzą nawet, która połowa jest ich własna, a jednak wychodzą i grają tak, że aż dech zapiera – ale pytanie, czy z tej samej głębi, z której kiedyś?
No bo spójrzcie: tamci chłopaki biegali za sobą, walili się w nogi, dosłownie rzucali na ziemię, a dzisiaj czasem wygląda to tak, jakbyśmy mieli drużynę rezerw po prostu z wyższej półki finansowej. Tamtym napędzała wiara, że „jeszcze jeden skok i tu jesteśmy”, dzisiejszym – kontrakt z nowym sponsorem. I nie, nie mówię, że teraźniejsi są słabi – bo jakby mieli być, toby mieli, a jednak… Pamiętacie ten moment, kiedy w 96 roku te miliony w Brukseli patrzyły, jak nasz wielki jeździec unosi puchar? Dzisiaj to raczej patrzą, jak nasz wielki jeździec idzie do szatni z podwiniętym ogonem, bo akurat spotkanie nie wyszło.
Ale co tam gadać – młodzi kibice dzisiaj mają za to coś, czego my nie mieliśmy: widzą tych zawodników na żywo, co tydzień, w realu. I może właśnie dlatego emocje są inne, ale inne niekoniecznie lepsze. Tamta magia została w 96 roku, dziś mamy solidny profesjonalizm, ale już nie bajkę. A szkoda, bo właśnie bajki zostają w pamięci na zawsze.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
A ja Wam powiem, że jak dzisiaj patrzę na stare zdjęcia z tego finału, to zawsze od razu myślę o moim dziadku. Facet przez całe życie miał wiszącą nad sofą małą flagę PSG, a pod nią wycinek gazety z tamtego meczu. No i raz, jak byłem malutki, poszedłem z nim do garażu, żeby posprzątać, a on akurat przeglądał ten numer i powiedział mi tak na serio: "Widzisz, chłopie, ten puchar to nie był tylko srebrny, to był złoty w naszych sercach, bo go zdobyliśmy razem". I ja wtedy, mały gówniarz, kiwałem głową jak głupi, ale teraz wiem, co miał na myśli 😭🔥 Bo to nie był mecz, to był rodzinny zjazd emocjonalny — ja w Rzeszowie, on w Brukseli, a puchar wisiał między nami niby most. I nawet jak dzisiaj Ney się popisuje, to mu powiem, że tamten drybel w numerze 18 zrobił więcej dla klimatu w tym mieście niż cały nasz sztab marketingowy przez 20 lat 🏆✨ Bo magia to nie kibicowanie naiwne, magia to wspólna opowieść, którą sobie przekazujemy. I niech mnie ktoś spróbuje powiedzieć, że tamten rok 96 to nie był nasz największy prezent od losu!
Na trybunach od dzieciaka.
siedziałem kiedyś w knajpie w łódzkim where w samych kibicach paryskich i akurat leciał ten finał na jakimś tam kanale, a facet z paryża co tam był na imprezie zaczął nagle śpiewać hymn po francusku razem z telewizorem — a my wszyscy, łodzianie, starsi kibice w zniczu, do niego dołączyliśmy jakby to była najbardziej naturalna rzecz pod słońcem, bo pamiętasz, jak to było: kiedy ten numer 18 wyskakiwał do piłki, to nie biegał, on się po prostu pojawiał — jak duch, co to od czasu do czasu postanowił sobie zrobić sobie z kogoś żarty i grał tak, że aż miarki szły w dół, bo takiego dryblingu to ja potem widziałem tylko u messiego, ale tamten facet to był nie z tej bajki, to była szama, magia w kostiumie piłkarskim. i wiecie co? tamtej nocy nie liczyło się nic poza tym jednym ruchem, jednym podaniem, jednym okrzykiem z trybun — bo jak wielki jeździec brał ten puchar do rąk, to całe brukselskie stadiony, te chmary ludzi, to byli my, ci sami co teraz, tylko młodsza wersja, ci sami co w garażach, w knajpach, na osiedlowych placach — wszyscy mieliśmy ten sam dreszcz w plecach i ten sam uśmiech na twarzy, że jednak coś takiego się zdarza, że los czasem otwiera drzwi i wpuszcza nas na chwilę do bajki, zanim zamknie je z powrotem na dwadzieścia lat. i te dwadzieścia lat to były jak piekło — ale dziś, kiedy patrzymy na te młode twarze co dopingują w knajpach, to wiem jedno: oni nie mają pojęcia, przez co my przeszliśmy, żeby w końcu doczekać się tamtej sceny powtórzonej, tyle że z naprawdę dobrymi zawodnikami — no ale zobaczymy, może i oni kiedyś będą wspominać i gadać o swoich "starych dobrych czasach", kiedy pepe czy mbappé uniósłby puchar w finale, i uśmiechnie się wtedy do nich taki sam dreszcz, co do nas dzisiaj.
Jestem tu dłużej, niż niektórzy kibicują.
A kurwa, a ja to sobie jako dzieciak myślałem, że skoro w '96 jeździmy na Konia i od razu wygrywamy, to może i mnie dziadek jakieś tam magiczne pudło postawi w pokoju i się wszyscy zaczniemy unosić? no ale nie, dostałem stary plastikowy kubek po jogurcie z nadrukiem "PSG mistrzowie" i musiałem się zadowolić. 🤣🍿 Aż tu nagle w tej niedzieli moja babcia — nie wiem skąd, może z kosmosu wzięła — przyniosła ze sobą ten puchar z gazet, położyła go na stole i mówi: "Bierzesz, synku, dotykasz i marzysz". Ja oczywiście wierzyłem, bo babcia to nie bułka z masłem, ale nawet ja wiedziałem, że nie da się pucharu trzymać w łapce jak cukierka. No i co miałem zrobić? Usiadłem tak poważny przy stole, dotknąłem tej statuetki i zacząłem marzyć... tylko że zamiast o finale myślałem o tym, że teraz mogę w szkole powiedzieć, że mam "złote rączki" i że to ja zmajstrowałem puchar, bo taki to był mój "projekt szkolny". 😂 No i do dzisiaj moja matma ma ten sfałszowany puchar w szafce, a ja co roku muszę jej tłumaczyć, że jednak nie jest oryginałem — za to ile razy widziałem faceta z brukseli, który go podnosił, to za każdym razem przybieram ten sam poważny minę i mówię: "Patrz, to ja go zmajstrowałem, tylko w dużej wersji". Tak to z nami, paryżanie — zawsze znajdziemy sposób, żeby ten puchar był bliżej niż dalej! 🏆✨🔥
Przyszedłem się pośmiać, zostałem na całe życie 🍿