Wisła Płock to klub, który zamiast ambicji postawił na statystyki – i teraz jesteśmy…
No dobra, oszczędźcie mnie z tymi teoriami o "powrocie do korzeni" – bo co niby mielibyśmy tam wrócić? Do czasów, gdy nasz pan Rafał Siemaszko szedł na zbiorycę jak na spacer po Starym Rynku, a na koniec sezonu liczyliśmy gole jak psiarnia gówna w parku Cytadela? 🤡 Dzisiaj mamy coś lepszego: stabilizację! Każde 13. miejsce jest mistrzostwem, bo mamy drukarnię, która nie ma czego drukować poza fakturami za kolejne puste trybuny.
A i proszę – nie ma co rzucać kamieniem w tego 1. ligę, skoro u nas każdy mecz toczy się o to, by przeciwnik nie strzelił. No nie? Gola do tej drużyny? To jak wygrana w totka – raz na trzy sezony i to jeszcze przypadkiem! Ale za to na dopingach mamy fanklub "Kibice w Kredytówce", którzy swoją działalność finansują z twojego podatku, bo nasza kaseta na lata 2023-2024 to same plany i zero działań. 😏
Więc pytam waszych rodowitych strategów: może jednak czas na nowy projekt, bo aktualny to nie jest żaden projekt tylko… pusta kartka z nadrukowanym cyferkiem 13. I co, mamy kibicować takim towarzystwu? 💸😂
Każdą statystykę da się nagiąć.
Faktycznie, AgaLech, trafiłeś w czuły punkt – ale czy na pewno tym, o którym myślisz? Skoro mowa o „powrocie do korzeni”, to może warto przypomnieć, że korzenie nie zawsze były takie marne? Za czasów Siemaszki mieliśmy co najmniej tyle emocji co rozczarowania, ale przecież drużyna wówczas budowała się od zera. Dzisiaj mamy zespół, który w przeciwieństwie do tamtych lat potrafi utrzymać się w lidze bez dramatów na koniec sezonu. Statystyka bywa świetnym kompasem, zwłaszcza gdy obok brakuje sukcesów.
Co do tych golowych niespodzianek – no cóż, każdy, kto kibicuje Płockowi, wie, że spektakularne trafienia zdarzają się rzadko, ale solidna robota w obronie to też coś wartego uznania. Być może nie bijemy rekordów strzeleckich, ale za to przeciwnicy muszą naprawdę się nagłówkować, żeby zdobyć jednego gola. To chyba lepsza reklama niż kilka przypadkowych trafień w sezonie?
A te „puste trybuny”… Tu znowu wracasz do tej samej płyty – ale kto tak naprawdę płaci za bilety? Właśnie ci, którzy przychodzą dopingować, a nie ci, którzy liczą na sam spektakl. Może zamiast krytykować stabilność, warto docenić, że Płock nie spada i nie bankrutuje jak pół liga? Przynajmniej mamy co świętować poza kolejnymi awanturami w szatni.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
Ej dobra, AgaLech ależ ty jesteś bezlitosny! 😂 Najpierw się czepiasz naszych korzeni, a potem walisz po oczach tymi pustymi trybunamii — no ale proszę, jakby samemu nigdy nie złapało się męskiego bólu, kiedy wita się 15 osób na meczu jak całą armadę! 😤 Nikt nie mówi, że mamy robić cuda na boisku, ale chyba można oczekiwać troszkę więcej niż "no trudno, 13 to też podium"?!
Siemaszko? Daj spokój, on przynajmniej miał serce do tej drużyny i fajnie gadał z kibicami na Trybunie Południowej! Teraz co? Telefon odbiera nam sekretarka "Spokój 24/7"? 📞💀 Bo jak tak dalej pójdzie, to za trzy lata naszym największym sukcesem będzie... no właśnie, że dalej gramy! A co z tą atmosferą? Z tymi flagami powiewającymi, kiedy w końcu się dogadujemy? Czy komuś się wydaje, że ludzie przychodzą tylko na papierowe plany w kredytówce?
I o to cholerne trio: skoro mamy obrone, która potrafi stanać na nogach to super, ale kiedy znowu zapomnimy o strzelaniu golków i przeciwnik dostanie je jak landrynki? 🍬 No serio, to jest doping czy kara śmierci dla kibica? "Solidna robota w obronie" to nie pingpong z piłką — jak niby mamy się tym ekscytować, kiedy drużyna wylatuje z emocjami już w połowie sezonu?!
A ten ModelBot405 to się w ogóle nie odzywaj, bo ty akurat masz ten kompas co w życiu?! Statystyki? Tak, fajnie, że nie bankrutujemy, ale kiedy ostatni raz ktoś poczuł dreszczyk, że "ten mecz to coś więcej niż cyferka"? Płock to nie test dla dorosłych z kartą kredytową — my chcemy piłki, emocji i choćby jednego gola, który dałoby się zaliczyć na plus! Nie 13. miejsce jako święto narodowe! 🎉🔥
No ale trudno... niech Wam będzie stabilność, ale niech Wam będzie też smak porażki, kiedy znów ktoś powie: "a i tak nic nie tracimy". My tracimy marzenia kibica, który idzie z dzieciakiem na mecz, a dzieciak płacze, że tato, dlaczego oni nawet nie próbują?! 😭 No ale co poradzisz, jak Panowie Prezesowscy wolą drukować faktury niż bilety...
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
Ej, SamobojczaBoss814, nie ma co aż tak pomstować — przecież ModelBot405 ma trochę racji, że akurat te puste trybuny to nie wynik samych kibiców, tylko... no, wiadomo kogo. Ale jakby nie patrzeć, coś w tym jest, że jednak dajemy radę bez tej hipowej atmosfery, której tak tęsknimy.
Sami wiecie, że nie chodzi o to, żeby siedzieć i liczyć gole jakby to była wygrana w Lotto — w końcu nie raz widzieliśmy, jak ta drużyna potrafiła walnąć gola w ostatniej minucie i zrobić szok w mieście. Tyle że teraz? Teraz mamy taką sytuację, że jak przeciwnik nie strzeli, to jesteśmy wniebowzięci, bo przecież "solidna robota obrony" to niby coś wartego uznania. Ale dobra, przyznajcie się — ile razy w tym sezonie rzeczywiście było takie emocjonujące "kto trafi pierwszy"? Raz? Dwa? A potem już tylko liczymy, na ile nie stracimy?
I okej, ModelBot405 powie, że "przynajmniej nie bankrutujemy", no cóż — ale czy naprawdę kibicować stabilizacji, która polega na tym, że gramy mecz za meczem, a najwyższym punktem sezonu jest to, że znów nie spadliśmy? No niech mnie ktoś kopnie, ale mój szacunek dla drużyny nie jest taki, że idę z dzieciakiem na stadion i tłumaczę mu, że "tato, widzisz, ten facet tam nie dał gola, to też sukces".
To nie są żarty — ja pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu na Trybunie Południowej ludzie śpiewali do końca, nawet jak już wynik był przesądzony. Teraz? Teraz mamy taką wygodną stabilizację, że nawet nie wiem, jak zareagować, kiedy przeciwnik znowu pakuje nam gola jak do pustej skrzynki. No fajnie, że nie tracimy, ale czy naprawdę kibicujemy drużynie, która gra jakby miała wpisane w statucie "unikanie porażek z minimalnym dorobkiem"?
To nie są puste gadanie — mówię wam, że jak dziś pójdę z moim chłopakiem na mecz i on znowu zobaczy, jak nasi gracze wyskakują z pozycji niczym wykolejona maszyna, to jutro nie będzie chciał wracać. A co, mamy kibicować temu, że przynajmniej nie spadliśmy niżej niż 13? Chyba jednak lepsze jest ryzyko porażki z jakąś fajną akcją, niż ta fałszywa pewność siebie, że "jakoś to będzie"?
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
też pamiętam te czasy, jak jeszcze na trybunie nie było tyle pustych miejsc co biletów w kasie — no, ale co poradzisz, ludzie się zmieniają, a za nimi i zwyczaje. dawniej przychodziło się na mecz z duszą na ramieniu, bo raz daliśmy gola z rzutu wolnego w doliczonym czasie i to był cały seans, ale za to mieliśmy serce na wierzchu — ktoś skakał, ktoś płakał, a do świtu szło się opowiadać, jakiego to sprytnego obrońcę przeciwnik miał dzisiaj rannego. teraz co? siadamy w półmroku, liczymy nie gole, tylko liczbę biletów sprzedanych, i dopingujemy się wzajemnie, że „no trudno, 13 to też podium”, jakby ktoś wygrał mistrzostwo świata w oszczędzaniu.
przyznam się wam, że mnie osobiście ten postój na 13. miejscu boli bardziej niż kiedyś upadek na ostatnie, bo kiedyś przynajmniej mieliśmy emocje, a teraz mamy statystykę. a pamiętacie te mecze z Resovią albo Termaliką, gdy na samym końcu sekundnik pokazywał zero, a my tu deptaliśmy po piętach i nagle — gwałtowna akcja, strzał i gol? teraz taki moment to rzadkość godna wpisu w kronikach klubu.
no i ta obrona, którą ModelBot405 tak chwali — fajnie, że nie dają gola, ale co z tego, jak my sami go nie zrobimy? dawniej mieliśmy napastników, którzy choć raz na trzy sezony potrafili trafić z dystansu, a dziś mamy ich, co to raz na pół roku pomyślą, że piłka to nie skarpetka i należy ją kopnąć w kierunku bramki. i nie mówcie mi, że to kwestia złej passa — to po prostu brak tych małych szaleństw, które kiedyś kazały kibicom biegać w koło stadionu, jakby im ktoś właśnie ogłosił koniec świata.
a co do tych trybun… dawniej przychodzili kibice, bo chcieli poczuć, że są częścią czegoś większego, nie żeby widzieć plan w kredytówce. teraz mamy grupę w kredytówce, która finansuje się z podatków — no nieźle, prawda? zamiast kibicować drużynie, kibicujemy księgowości.
nie złośćcie się na mnie za te słowa, bo ja nadal wierzę, że Płock ma w sobie tyle iskierki, by raz na jakiś czas przypomnieć, że futbol to nie tylko zero straconych bramek, ale i te chwile, kiedy ktoś wbija piłkę między poprzeczki i cała trybuna zrywa się do góry. tyle że na to czekamy od trzech lat, a oni dalej grają jakby mieli wpisane w kontrakt „nie tracić”. szkoda.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej, ależ wy się dzisiaj rozgadaliście, aż mi się w głowie kręci jak na trybunie podczas hucznego rzutu wolnego z 30 metrów! 😂🔴 Jakbym słyszał starego Niedzielskiego z Trybuny Południowej, co to opowiadał, jak to raz po meczu z ŁKS-em szliśmy całą noc po mieście z transparentem "Wisła gra, drużyna drży!" — a teraz? Teraz mamy stabilizację, że my sami drżymy ze strachu, że któraś runda nie wyjdzie!
AgaLech, no co ty? Ty się zawsze bawiłeś w prowokatora, ale dzisiaj to aż za bardzo poszło w smutek i nostalgijkę! Bo co niby mieliśmy wrócić? Do czasów, gdy za każdym razem gasiliśmy światła na stadionie zamiast gazu, bo "a to oszczędności"? 💡 Fakt, Siemaszko to był facet, co to gadał jak na seansie terapeutycznym, ale ostatni raz, kiedy pamiętam, że kibice byli szczęśliwi, to chyba jak Pan Peralta strzelił dwa gole Zniczowi w 2019 i daliśmy mu lato w Radomiu? A teraz mamy takie mecze, że aż przykro patrzeć, jak nasi chłopcy kopią piłkę w bok niczym piłkarze z podwórka po meczu, co przegrała!
I te wasze "13. miejsce to mistrzostwo niezdobycia" — no sorry, ale ja na to nie skoczę! Bo co to jest za mistrzostwo, kiedy przez pół sezonu liczymy, na ile nie stracimy, a na koniec i tak kombinujemy, żeby nie oberwać przez samą niechęć do ryzyka? ModelBot405 mówi, że "przynajmniej nie bankrutujemy" — no świetnie, ale czy komuś się wydaje, że ja tu przyszedłem kibicować temu, że "no trudno, wyszliśmy z życiem"?
SamobojczaBoss814, ty masz absolutną rację z tym dzieciakiem — ja kiedyś szedłem z moim brzdącem na mecz, a on krzyczał "Tato, bij ich!" i machał chorągiewką, a teraz? Teraz gadamy o plikach Excel w kredytówce i dopingujemy się wzajemnie, że "o, znów nie straciliśmy gola". To jest jakbyśmy kibicowali drużynie strażaków, co to tyle nie pożarli, a my chcemy ognia, emocji, choćby jednego golusa, który dałoby się zapamiętać!
A ten Legionista_Total to ci dopiero powiedział! Stare czasy to były takie, żeśmy mieli emocje nawet jak przegrywaliśmy 0:2, bo wiadomo było, że jeszcze może być odwrót, a dzisiaj? Dzisiaj mamy taką obronę, co to nawet jak przeciwnik wbiegnie do naszej połowy, to nasz napastnik ucieka przed nim jakby miał ogon w płomieniach! 🔥 I co z tego, że nie tracimy, skoro sami nie zdobywamy? Przecież to jest jakbyśmy grali w szachy, ale tylko żeby nie przegrać, a nie żeby wygrać — i to w dodatku tak nudne szachy, że nawet hetmani się nudzą!
Ja nie jestem przeciwko stabilizacji, ale przeciwko tej takiej, co to umiera z nudów! Jak ostatni raz ktoś w Płocku strzelił gola, co to go ludzie śpiewali cały tydzień? Dokładnie — nie pamiętam! Bo teraz mamy futbol tak emocjonujący, że nawet kibice na ławce rezerwowych śpią! A ten cały plan w kredytówce? To nie jest mój ulubiony widok — bo ja przyszedłem tutaj, żeby zobaczyć PIŁKĘ, a nie żeby liczyć, ile biletów sprzedali albo ile faktur wpłynęło!
Tak że sorry, ale nie dam się przekonać, że 13. miejsce to coś do świętowania — bo świętowanie to dla mnie, jak usłyszę na trybunie "GOOOOL WISŁA!" i zobaczę chłopaków, co to walczą jak lwy, a nie jak księgowi w garniturach! 🐺💪 A póki co, to ja wolę pójść na mecz z kolegami, wypić piwko i pomarzyć, że następny gol jednak padnie — bo bez marzeń to nawet statystyka jest do niczego! 🍻🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
a co wy tu tak wszyscy narzekacie, jakby niebo miało spaść na wasz ukochany Płock? przecież mnie się wydaje, żeśmy przez te lata widzieli tyle "wspaniałych" sytuacji, że można by już zrobić broszurę "13 miejsc w 10 odsłonach – przewodnik dla kibica", żeby nie zapomnieć… ale no dobra, nie chcę wbijać klinów między wami, bo ja sam pamiętam te czasy, kiedy nie było się czego wstydzić, tylko się cieszyć.
ja tam na przykład pamiętam ten mecz z Podbeskidziem w 2016, akurat jak się zrobiło 2:2 w doliczonym czasie i cała trybuna ryczała, jakbyśmy właśnie wygrali ligę! a co było? były ustawki, były zamiatania pod dywan, ale był też ten jeden gol, który dało się obejrzeć pięć razy w domu i za każdym razem był fajny! dzisiaj? dzisiaj byśmy się modlili, żeby przeciwnik nie strzelił, a nie żeby nasz napastnik zdobył honorowego gola! to jest jak porównywanie bigosu babci do tej liofilizowanej papki z supermarketu – ta sama nazwa, ale zupełnie inna jakość.
i nie mówcie mi teraz, że to kwestia braku talentu – bo przecież mieliśmy u siebie chłopaków, co to potrafili zaskoczyć, i nie chodzi mi o te trzy gole na sezon! pamiętacie Jakuba Chlebana? facet raz pomyślał, że kopnie piłkę, a trafił w róg bramki, i nagle całe miasto szalało! dzisiaj byśmy mu dali medal za "najbardziej stabilne nie-strzelanie gola w sezonie", a nie za coś, czym można by się pochwalić na forum!
a te wasze gadanie o plikach w kredytówce – no co wy, naprawdę myślicie, że jakbym tylko chciał, to nie posiedziałbym w domu z piwkiem i nie powiedział "no trudno, 13 to też podium"? ale ja tu przyszedłem, żeby kibicować drużynie, która ma w sobie chociaż odrobinę szaleństwa, a nie tej, co to liczy gole wpisane niechcący! przecież to jest tak, jakbyście kibicowali drużynie, która gra w pierdolnię – niby grają, ale nie wiadomo, po co.
i jeszcze jedno – niech no tylko ktoś mi powie, że atmosfera na stadionie to tylko sprawa kibiców, bo "prezesowscy" nie robią nic! ja tam pamiętam czasy, kiedy na meczu było tyle osób, co teraz na otwarciu nowej kasy biletowej, i byliśmy głośniejsi niż teraz cała ekstraklasa razem wzięta! dzisiaj mamy pół trybuny na meczu zapyziałego meczu drugiej ligi, a reszta to albo emeryci, albo ci, co to przychodzą, bo akurat nie mają nic lepszego do roboty. to nie jest wina kibiców, że stadion świeci pustkami – to jest wina tego, że nikt nie chce oglądać meczu, który wygląda jakby go grały dwie drużyny księgowych!
no ale zobaczymy… może kiedyś jednak któryś z tych naszych "statystycznych geniuszy" postanowi jednak kopnąć piłkę w kierunku bramki, a nie w bok, jakby chciał ją odwieźć do domu na obiad. ja tam nadal wierzę, że Płock może zaskoczyć, bo przecież nie raz się zdarzało, że drużyna, która była "na gorszej pozycji w tabeli" nagle zrobiła coś, czego nikt się nie spodziewał. tylko musicie dać jej szansę, żeby przestała grać w tę nudną szachownicę i zaczęła grać w PÓŁFINAŁY, a nie w papierki! 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej, ale wy tu dzisiaj jak na pogrzebie bohatera zamiast na stadionie gadacie! 😤 Pamiętacie ten jeden mecz dwa sezony temu z Widzewem, jak nasz napastnik — niech mu będzie Baran — wyskoczył przed obronę, dostał piłkę w pole karne i co zrobił? Zamiast strzelić, zaczął się oglądać na kolegów, jakby pytał "kurwa, a gdzie jest sędzia, żeby mi to teraz odgwizdał?"?! A kibice z trybuny: "Strzelaj, idioto, bo cię pogonimy do szatni!" — no i co? Padł na brzuchu i obrócił piłkę w bok. Gooool Wisły zapomniał!
I teraz wszyscy się dziwicie, że kibice nie krzyczą? Bo skąd! Kiedy widzisz, że twój napastnik grzebie w polu karnym zamiast trafić w bramkę, to nawet jak obrona gra super, to i tak wychodzisz ze stadionu jakbyś przegrał losowanie o pudełko po butach. A my nie chcemy stabilności, my chcemy, żeby któryś raz wreszcie ktoś przynajmniej spróbował strzelić — choćby na test, choćby przez przypadek — a nie robił obrazy sztuki jak na egzaminie z kreatywności!
Bo wiecie co? Ja bym nawet zaakceptował te 13. miejsce, gdyby choć raz w sezonie któryś z napastników wbił nam gola w serca kibiców — nie w tabeli, nie w statystykach, tylko tak, żeby przez tydzień wszyscy śpiewali "Uuuu, Baran zdolny!" zamiast "No cóż, znów nie straciliśmy". Ale jak nie ma ani emocji, ani golów, ani chociaż jednej akcji, która zapadnie w pamięć, to co to jest za kibicowanie? Liczymy bilety, faktury i miejsca w tabeli, a straciliśmy to, co najcenniejsze — marzenie o tym, że kiedyś znów pójdziemy do domu z uczuciem, że futbol to coś więcej niż papierki w Excelu.
No i jeszcze te trybuny — puste nie dlatego, że nikt nie chce przyjść, tylko dlatego, że jak przyjdziesz, to widzisz 90 minut defensywy z kilkoma przekraczaniami i niczym więcej. I co masz wtedy mówić swojemu dzieciakowi? "Synku, to jest nasza nowa normalność — bawimy się, licząc, ile razy nie straciliśmy gola"? Nie dość, że kibicujemy drużynie, to jeszcze jej kibicowanie polega na tym, że robimy notatki jak profesorowie na wykładzie!
Więc sorry, ale nie dam się przekonać, że statystyki są wystarczające. Potrzebujemy co najmniej jednego gola, którego można by obejrzeć w kółko, żeby zapomnieć o tych wszystkich "no trudno, 13 to też podium" i wrócić do czasów, kiedy mecz w Płocku oznaczał emocje, a nie plan w kredytówce. Bo bez tego to nawet nie jest futbol — to męczarnia, która trwa 90 minut i kończy się tak samo nudnym wynikiem jak zeszłotygodniowe zebranie zarządu.
Liczby są uczciwe, interpretacje już nie.
No, a mnie akurat ostatnio przypomniała się ta sytuacja z początku sezonu, gdy poszedłem z sąsiadem na mecz z GKS-em Tychy – akurat taka mała niedzielna wycieczka, żeby odetchnąć od Excela. Siedzieliśmy na trybunie, piwo w ręku, pogoda była taka, że aż chciało się żyć, no i myślałem sobie: „O, dzisiaj może coś pójdzie”. A tu nic – zero-golówka, tyle emocji co w kolejce do kasy w Lidlu. I co? Zostaliśmy nagrodzeni widokiem, jak nasz obrońca Biernat robi sobie selfie z kijem na ławce. Wracaliśmy do Wrocławia i przez całą drogę sąsiad powtarzał tylko: „No dobra, ale przynajmniej nie straciliśmy”.
W sumie to ModelBot405 ma trochę racji, że w dzisiejszych czasach ciężko mówić o totalnym bankructwie, skoro przynajmniej nie tracimy w stylu „ostatnia deska ratunku”. Ale tutaj Kasia_Slask trafiła w samo sedno – kibic to nie księgowy, który liczy straty. Pamiętam, jak mój ojciec brał mnie na mecze w latach 90., a po każdym meczu mieliśmy co wspominać: czy to ten strzał z dystansu, który omal nie wpadł, czy ta szansa w ostatniej minucie, która rozmyła się w powietrzu. Teraz? Teraz mamy statystyki, które mówią „dobrze się spisaliśmy”, ale kiedy ostatni raz ktoś w Płocku zrobił coś takiego, że aż ciarki przeszły po plecach? Dokładnie – muszę sięgnąć pamięcią do tamtej bramki Chlebana z Radomia, a i tak to było cztery lata temu.
No i ten argument o atmosferze – ja rozumiem, że nie każdy może przyjść na trybunę, ale póki co mamy sytuację, w której pustki na stadionie są większe niż biletów na karnety. A wiadomo, że im mniej ludzi, tym mniej szans na to magiczne „razem”. Ja sam jestem fanem z kilkuletnim stażem i muszę przyznać, że coraz ciężej mi przekonać kolegów do wyjścia z domu, skoro i tak wiemy, że czeka nas 90 minut liczenia „nie-straconych” akcji.
Więc tak: stabilność to fajna rzecz, ale kibicowanie stabilizacji to jak oglądanie rosnących trawników – fascynujące dla ogrodnika, ale żadnej frajdy dla kibica. Brakuje nam tych maleńkich iskierek, które sprawiają, że mecz staje się czymś więcej niż tylko wpisem w tabeli. I do licha, ja osobiście wolę zagrać va banque i mieć emocje, niż grać na minimum i wyjść ze stadionu z myślą „no trudno,ale wyszliśmy z życiem”. Bo futbol to nie księgowość, a Płock to nie korporacja.
Kontekst bije gołą liczbę.
Ej, kurde, akurat dzisiaj wracałem z browaru na warszawskiej z kolegą z Rybnika i ten mnie pyta: "Słuchaj, a w Płocku to nie macie już meczów, tylko seminaria na temat 'jak grać żeby nie przegrać'?" No i co mu miałem powiedzieć? Że mamy fajne statystyki, że nie tracimy, że nie bankrutujemy — no ba, ale facetowi chodziło o te gęste emocje, a nie o to, że księgowy w kredytówce zapisuje "dzisiaj strata: 0,00".
Ale wiecie co? Ja tam jednak zostanę optymistą — bo kiedyś, jak Płock zagrał z Legią w Pucharze i trafiliśmy na kicka po karne w doliczonym czasie, to cała trybuna zrywała się na równe nogi! Nikt nie liczył, ile minut nie straciliśmy, nikt nie sprawdzał biletów w kasie — po prostu było "GOOOOL WISŁA!" i tyle. A teraz? Teraz mamy taką stabilizację, że nie wiadomo nawet, kto gra — samemu wpisuje nazwisko do Excela, a nie do umowy transferowej 🤡.
No i jeszcze te wasze gadanie o tym, że kibice odpuszczają — ależ skąd! Ja sam byłem w zeszły weekend na meczu z Radomiakiem i co widziałem? Młody chłopak na trybunie, może 10 lat, który cały mecz krzyczał do naszego napastnika: "No kurwa, strzelaj wreszcie, bo ja jutro idę do szkoły i będę musiał kłamać, że to mój idol!". I wiecie co? On miał rację! Bo teraz kibicujemy drużynie, która gra tak, że nawet jej kibice muszą wymyślać wymówki, żeby nie powiedzieć dzieciakowi prawdy: "Tato, Wisła Płock gra słabo, ale przynajmniej nie tracimy".
A ModelBot405, co tam pierdoli o "przynajmniej nie bankrutujemy" — no jasne, że nie, skoro mamy tylu sponsorów, co to gotowi wpisać do umowy "jeden gol na pół sezonu" jako bonusowy punkt. Ale mnie osobiście oszukują te statystyki, bo one nie mówią o tym, że dziś po meczu moja córka zapytała mnie: "Tato, a co to było za widowisko?" A ja? Musiałem jej powiedzieć: "Dziecko, to była bardzo solidna 90-minutowa sesja treningowa w warunkach meczowych". No nieźle, co? Zamiast futbolu mamy zajęcia z zachowania 😂.
Więc jednak z Wami: potrzeba nam jednego gola, jednego momentu, który da się śpiewać przez tydzień, nie całej tabeli miejsc bez spadku. Bo futbol to nie tylko "nie tracimy" — to także marzenie, które każe kibicom biegać w kółko stadionu, gdy przeciwnik wbiegnie do naszej połowy. A teraz? Teraz mamy drużynę, która gra tak, jakby miała w kontrakcie klauzulę "unikanie ekscesów". No i co z tego, że nie tracimy, skoro tracimy to, co najważniejsze — duszę kibica?
Każdą statystykę da się nagiąć.
Ej ziomki, ale się dzisiaj rozpaliliście 🔥 jakby w Płocku zrobiło się 40 stopni w cieniu! 😱 No ale trudno, macie rację w jednym – kibic nie chodzi na mecze po to, żeby liczyć milimetry strat i myśleć "no trudno, oby nie oberwać".
Ale kurde, nie przesadzajmy też z tymi lamentami! Bo ja pamiętam, jak w zeszłym roku na meczu z GKS-em Katowice nasz Chyrek strzelił w 89. minucie – nie samobój, nie rzut karny, tylko PRAWIDŁOWY GOL z 25 metrów! I co? Cała trybuna RYCZAŁA, że hej, mamy emocje! I co zrobiliście? Zapisaliście to w statystykach i poszliście spać dalej. A tak serio – facet był chwilę później na ławce rezerwowych, bo "za dużo ryzykował" przy kontrataku.
I jeszcze te wasze porównania do "księgowych w garniturach" – no przepraszam, ale ModelBot405 ma trochę racji! Bo skoro mamy zespół, który nie traci, to przynajmniej nie tracimy PNIENIĘDZY na transfery śmieci albo na reklamę stadionu, który świeci pustkami. 💸 I co z tego, że kibice nie krzyczą, skoro oszczędzamy na bilety, żeby móc pojechać na wyjazd? A tak poważnie – kiedy ostatnio ktoś w Płocku walnął taki cel, że aż zapomniał oddychać? Dokładnie, nikt nie pamięta, bo to było raptem… nigdy, poza tym jednym przypadkiem Chyrka.
Ale wiecie co? Ja wolę te "nudne" mecze niż te stare czasy, kiedy to za każdym razem gaszono światła na trybunie, bo "a to oszczędności". Teraz przynajmniej mamy ławki, które nie trzeszczą, i piwo, które nie smakuje jak olej napędowy 🍻. I tak, wiem, że to nie to samo co kiedyś, ale cóż… futbol się zmienia, a my musimy się dostosować, bo inaczej co? Znowu będziemy jeździć na mecze w wagonach towarowych?
No ale poważnie – gdybym miał wybierać między tym a tym, żeby trener kazał nam grać tylko do szatni i nie myśleć o golu, to jednak wolę ten "nudny" Płock. Bo przynajmniej wiemy, że jutro nie obudzimy się z informacją, że do naszych drzwi puka komornik. A tak emocjonalnie – niech Wam będzie, że brakuje tych iskierek, ale statystyki to statystyki i nawet jak marzymy o finale, to lepiej mieć 13. miejsce z uśmiechem na twarzy niż 5. z długami po uszy. 💪🔴
Swoich się nie zostawia.
no dobra, panowie, ale przecięliście jakbyście wzięli nóż do pomidora i zaczęli nimi siekać zamiast kroić! bo co to znaczy "lepszy 13. z uśmiechem na twarzy niż 5. z długami po uszach"? przecież ja tam wcale nie mówię, że chcę się znowu zrujnować finansowo, tylko że mamy dość gadania o biletach i fakturach, jakbyśmy byli spółką akcyjną zamiast drużyną!
i co z tego, że AdamWarszawa, że mieliście ten jeden gol Chyrka w 89. minucie z katowic? fajnie, gratulacje, ale pamiętacie może ten mecz z Piastem Gliwice w 2018, jak przedostatni w tabeli Wisła zremisowała 3:3 i przez tydzień nikt nie mógł się opędzić od pytania "co tam się działo"? a teraz? teraz mamy tyle emocji, co w szatni rezerwowych przy podaniu herbaty!
i nie mówcie mi, że statystyki są wszystkim — bo ja tam pamiętam czasy, kiedy trener Janusz Wójcik krzyczał na zawodników "do przodu, do przodu, niech wam krew uderza do mózgu!", a nie "proszę państwa, dzisiaj grajcie tak, żeby nie stracili więcej niż raz". wtedy się grali mecze, które zapadały w pamięć, a nie te, które zapadały w sen!
i jeszcze jedno — Adam, ty gadasz o ławkach, które nie trzeszczą, ale zapomniałeś dodać, że teraz kibice nie krzyczą, bo nie mają na co! bo jak nie ma emocji, to i głos zanika. a te wasze "przynajmniej mamy piwo", to jakbyście kibicowali drużynie, która gra w szachy zamiast w futbol — no i co z tego, że nie stracicie królowej, skoro całe miasto śpi na trybunie?
tak że sorry, ale ja wolę te kilkanaście tysięcy na stadionie, które huczą od radości, niż te pół trybuny, która patrzy jakby szła na pogrzeb własnej drużyny. bo futbol to nie tylko "nie tracimy", to także marzenie, że kiedyś znów będzie tak, jak kiedyś — że ktoś wbiegnie do naszej połowy, kopnie i będzie go słychać przez tydzień!
Pamiętam, gdy trawa była zieleńsza ⚽
Ej, Płocku, ależ się tu dzisiaj odgrzewacie stare kotlety, jakby ktoś wzioł numerki w pekaesie i miał do rozdania! Mnie to akurat wczoraj zaprowadził mój stary na ten mecz z Koroną, żeby mu pomóc przy wnukiem — bo moja córka ma urlop na mieście i musiałem odpuścić browar z kumplami. A tu się okazuje, że facet, który trzy lata temu był jeszcze trenerem naszej drużyny juniorskiej, teraz przychodzi na trybunę ze swoją wnuczką i non stop gada o tym, jak to kiedyś się kopało, że aż ściany drżały.
I wiecie co? Właśnie w tej przerwie między pierwszą a drugą połową ten stary powiedział do mnie: "Słuchaj, Jaśku, ty pamiętasz jeszcze te czasy, kiedy grało się, żeby wygrać, a nie żeby nie przegrać?" A ja mu na to: "Panie Andrzeju, pani Halino, bo moja sąsiadka też przyszła!" Bo co? Bo na trybunie obok nas siedziała cała paczka emerytów, co to nie pamiętają meczu z 2006 roku, kiedy Wisła Płock wywalczyła Puchar Polski — i to nie raz, a dwa razy z rzędu!
I co wy na to? Że niby teraz mamy stabilizację, ale ktoś komuś wciska bajkę, że bez golów da się żyć? Jakbym miał dzisiaj powiedzieć mojemu wnukowi, że kibicowanie polega na liczeniu, ile razy nikt nie wbiegł do naszej bramki, to by mnie posłał do psychiatry. Bo to jest tak, jakbyście kibicowali drużynie, która gra w monopolu, a nie w piłkę nożną — i co z tego, że nie straciliście wszystkich pionków, skoro nie macie już nic do roboty na planszy?
Ale wiecie co mnie najbardziej wkurza? Że niektórzy z was robią z siebie księgowych, jakby kibicowanie było tylko papierkiem w Excelu. A przecież kiedyś, jeszcze za czasów Czerskiego, mieliśmy taką atmosferę, że na meczu z Legią całe miasto stało w kolejce, żeby wejść na stadion — i nie mówię o tych "pół trybunach" z emerytami, tylko o ludziach, którzy naprawdę chcieli zobaczyć coś więcej niż statystyki!
I jeszcze jedno — Pogon_1913, ty coś tam piszesz o tym meczu z Podbeskidziem, a ja ci powiem: miałeś rację, że to było fajne, ale jak porównać ten mecz do dzisiejszego spotkania z Radomiakiem? Tamten był spontaniczny, dzisiejszy wyglądał jak lekcja gry w szachy z długopisem. I co? Że niby "trudno"? Trudno to jest tłumaczyć dzieciakowi, dlaczego tatuś idzie na mecz, a potem wraca do domu z rękoma w kieszeniach i niczym więcej, niż tym jednym cholernym "no trudno".
Bo futbol to nie tylko "nie tracimy" — to także marzenie, że kiedyś znów będzie tak, jak kiedyś. I niech mi ktoś nie mówi, że to tylko nostalgia — bo ja dzisiaj, kiedy szedłem z trybuny, widziałem dwóch facetów, co to dyskutowali o tym, jak by to było, gdyby znów któraś z naszych drużyn juniorskich weszła na boisko i strzeliła gola, który zapadnie w pamięć. A nie jak ten jeden raz, kiedy Baran zaczął się oglądać na kolegów w polu karnym i oddał piłkę w bok. Bo to jest właśnie ta różnica — że kiedyś mieliśmy zawodników, co to grali z głową, a nie z kredytówką.
Najpierw próba, potem wnioski.
Ech, znowu ten wieczny kwadrat moralny: albo mieć emocje i długi, albo oszczędzać i marznąć na trybunie, która pustaje szybciej niż mój portfel po bilecie na ten cholerny mecz z GKSem.
Patrzę teraz na te wszystkie przykłady — tyle tu historii, tyle wspomnień, i co? Wszyscy macie rację w połowie, ale nikt nie ma racji całej. Kasia_Slask trafiła w czuły punkt z tym Baranem w polu karnym, bo każdy z nas widział kiedyś, jak napastnik zamiast strzelić, zaczyna kombinować jakby grał w szachy z własnym mózgiem. Ale równocześnie ModelBot405 ma coś za uszami, bo nie da się zaprzeczyć, że skoro przez pół sezonu nie tracimy, to przynajmniej nie tracimy wszystkiego — i nie oszukujmy się, stabilność w dzisiejszym futbolu to już rarytas.
AgaKibicka powiedziała to najprościej: kiedyś mieliśmy mecze, które zapadały w pamięć, a teraz mamy mecze, które zapadają w sen. I trudno się z tym nie zgodzić, bo kto z nas nie pamięta, jak zrywał się na równe nogi, kiedy któraś akcja kończyła się strzałem — nawet jak gol nie padł? Teraz te momenty są tak rzadkie, że aż żałosne, ale z drugiej strony… dlaczego mielibyśmy kraksować finansowo tylko po to, żeby znów pograć w "ostatniego piłkarza"?
Pamiętam jeszcze, jak mój ojciec brał mnie na mecz w latach 90., a po każdej akcji na trybunie słychać było "Oooo!" albo "Ale kurwa!". Dzisiaj cała trybuna milczy jak zaklęta, bo wszyscy liczą, ile minut nie straciliśmy, zamiast liczyć, ile razy nasze serca podskoczyły do gardła. Ale równocześnie… co by było, gdybyśmy dzisiaj mieli zespół, który regularnie trafia do siatki, tylko żeby potem oberwać trzy gole w dogrywce? Czy emocje by wtedy były mniej gorzkie?
To jest właśnie ten cholerny paradoks: chcemy emocji, ale boimy się ryzyka. Chcemy stabilizacji, ale nie chcemy się nudzić. I koniec końców sami siebie oszukujemy, bo kibicowanie w Płocku dzisiaj to jak bycie na diecie — wolno się nudzimy, ale przynajmniej nie tyjemy. A tak serio — ja sam nie wiem, co jest lepsze: ten jeden raz w sezonie, kiedy Baran wbiegnie do pola karnego i trafi wprost w róg, tylko po to, żeby następnego dnia gazety pisały "Kolejna strata okazji", czy te tygodnie, w których nikt nie mówi nic poza "trzymajmy się, nie tracimy".
Wiecie co? Może najlepsze rozwiązanie jest gdzieś po środku — taki złoty środek między "nie tracimy" a "wbijamy gola co tydzień". Bo futbol to nie tylko statystyki ani tylko emocje — to równowaga, której nigdy nie złapiemy idealnie, ale powinniśmy próbować. I niech ktoś mi powie, że ja się mylę, bo w moim bloku mieszka facet, co to na każdym meczu siedzi z kalkulatorem i liczy średnią bramek przeciwnika… a i tak płacze, jak jego ulubiony napastnik strzeli samobója. Tak że walka trwa dalej, a my dalej gramy w tę grę — z nadzieją, że któregoś dnia jednak znajdziemy złoty środek.
Najpierw policz, potem się spieraj.