Wspomnienia z Enea Stadionu: gdy serce bije za Morawami i biało-niebieskimi barwami!
co tam, moi drodzy, a ja dziś wieczorem sobie cofnąłem się myślami do tamtej szalonej nocy w gdańsku, kiedy to Lech rozpieprzał sobie całą maltę. pamiętam jak dzisiaj, te biało-niebieskie flagi powiewające pod niebem, a na trybunach setki gardzieli wyrywających się w jeden głos. byliśmy wtedy młodzi, zapaleni, i naprawdę wierzyliśmy, że nic nas nie zatrzyma. i proszę — doszło do historii, choć z bolesnym finałem w stambule, ale co to szkodzi, bo przecież zostawił nam tyle dobrego smaku w pysku. a te brawa na eby, te podskoki, te łzy szczęścia, kiedy to Morawy wbiegali do szatni... no niech mnie, co za czasy były. teraz się takimi rzeczami nie cieszymy, za mało wiary w serca mamy, za dużo gadania o "realiach". a przecież kibicowanie to nie liczenie punktów, tylko krzyk w tej samej chwili co napastnik na strzał.
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Łosie, ale ja se jutro rano siedziałem sobie na fotelu z kubkiem parzonej kawy i nagle jakbym znowu tam był... to był CHYBA PRZYPADEK nasz pociąg do Malty, ten cholerny termiczny jazgot w wagonach, słońce prażyło, a my wszyscy w samych koszulkach pod numer 9 i naszym orłem na klatce! Aż do granicy włoskiej to jeszcze jakoś szło, ale jak wjechaliśmy do Rzymu to już było wiadomo, że się dzieje coś NORMALNEGO 🔥💪 ludzie wręcz wyskakiwali z okien, kibice rzymscy patrzyli jak na jakiś cud. Pamiętam, że facet obok mnie wylewał piwo na buty bo nie mieścił się w emocjach! A potem ten mecz... O MATKO, jakby ktoś nam wstrzyknął sterydy bezpośrednio do serca! Morawy strzelił ten gol z rzutu rożnego, a trybuny to były JAK JEDEN ORGAN, taki dźwięk, że aż mnie teraz ciarki chodzą... I te flagi wiszące z okien, młodzież na ramionach starszych, wszyscy śpiewali "LECHU JESTEŚ NASZYM ŻYCIEM" jakby to była nasza hymn narodowa! A jak wygraliśmy 2:0 to ja płakałem jak bóbr, bo po prostu NIE MOGŁO BYĆ inaczej! Teraz gdy patrzę na te "nowoczesne" lata to mi się mdli od tych sponsorów i opłatkarzy, ale wtedy? BYŁA MAGIA, prości ludzie, proste serce i WIARA, że chłopaki dadzą radę! Ta noc to jest moja prywatna świętość, taką kartkę z życia noszę w portfelu do dzisiaj 😱🔴
no i wiecie co mnie dzisiaj obudziło w środku nocy? ten cholerny szum klaksonów z tyłu głowy, który się zrobił jak usłyszałem, że dziś mija 40 lat od tamtego meczu w pierwszej rundzie, no ale nie tego z Maltą, tylko z tamtym pierwszym rewanżem u nas na Warty, lipiec osiemdziesiątego trzeciego. pamiętacie? ja akurat stałem za bramką północną z paczką kumpli, na tej samej trybunie co teraz ta nowa zadaszona, tylko że wtedy to była taka goła, betonowa płaszczyzna co śmierdziało jeszcze farbą i benzyną z malowania transparentów.
wjechał nasz busik prosto na boisko, a tam na murawie już stoją ci goście z juve, w garniturach jakby mieli wychodzić na salę balową, nie na mecz. a my? my mieliśmy sami dresy, flary w dłoniach i w sercach taki ból że za chwilę wybuchniemy, bo wiadomo było – przegraliśmy pierwszy mecz 2:0, więc teraz albo się modlimy albo rzucamy się z mostu. no i co się dzieje? lech wbija im gola w trzeciej minucie, a ja? złapałem kumpla za ramię tak mocno że zostawiłem mu pięć odcisków na skórze i krzyczę „mordo, to ten dzień!”.
a potem te osiemdziesiąt minut to było jakby ktoś nam zakręcił czas, naprawdę. rzymscy kibice patrzyli na nas jak na szaleńców, jakbyśmy byli jacyś wariaci co jeszcze wierzą że cuda istnieją. no ale cud był – remisu nie było, ale takiego meczu to się nie zapomina. pamiętam, że na koniec wracaliśmy do centrum w pociągu co się zatrzymywał co sto metrów, bo ludzie znowu śpiewali w korytarzach, a jeden facet rozlewał piwo prosto na głównego trenera co siedział w drugim wagonie i nawet nie protestował.
i wiecie co mnie wtedy uderzyło? ten zapach… po prostu zapach. benzyna z klaksonów, dym z flar, tania wódka co pachniała jak apteka, i ten pot z trybun co wsiąkał w koszulkę numer 10 morawskiego. teraz się o tym gada „historycznie ważne mecze”, „osiągnięcia”, ale ja tam pamiętam tylko jeden dzień – kiedy to byliśmy młodzi, szaleni i naprawdę wierzyliśmy że morawy latają wyżej niż orzeł nad maltańskim niebem. i co? nauczyliśmy ich latać razem z nami 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej kolesi, to ja wam teraz powiem coś strasznego... Ja jak sobie myślę o tamtej nocy na Malcie, to mnie nachodzi taka jedna durna myśl, że może to wszystko było pomyłką? Jakby ktoś zrobił casting do filmu o kibicach Lecha i powiedział "potrzebujemy ekipy która będzie histeryzować jakby to była ostatnia rzecz w życiu" i przypadkiem trafił akurat na naszą ferajnę z Rataja 😂
Bo no serio, jadę pociągiem, pół wagonu w samych majtkach bo upał, facet obok wyje "MORAWY NIE PRZESTAJE BIĆ!" jakby chciał zagłuszyć maszynistę, a ten kolesiek co lał piwo na buty? Jakiś tam chłop z Biskupina, który normalnie boi się własnego cienia, a tam? Staje się wodzem plemienia! A Morawy? Facet wbiegł na boisko i od razu zapytał "gdzie tu jest knajpa bo umieram z pragnienia" 🍺🔥
I wiecie co? Myślę, że gdyby dziś ktoś puścił ten mecz w tv, toby sam Rafał Wolski po pierwszej połowie rzucił się do szatni i powiedział "jebnąć w piwo, nie wytrzymam tej nostalgi". Bo wtedy kibicowałeś Lecha, a nie liczyłeś gole, nie patrzyłeś na zegarek, tylko WYŁĄCZNIE na to, by chłopaki dały popalić i ty razem z nimi!
I jeszcze jedno – teraz wszyscy gadają o "nowej jakości kibicowania" i takich tam pierdołach, ale ja Wam mówię: tamtej nocy na Malcie to my byliśmy tą nową jakością! Tyle że nikt nie wiedział jak to się pisze, więc robiliśmy to na żywioł 😂🔴💙 Pijcie na zdrowie starych dobrych czasów, bo dziś to już nie to... albo może jednak to jest to, tylko my jesteśmy za starzy by to docenić 🍻
Jedyny poważny tutaj — i to ledwo.