Wszystko co złoto i zieleń, wszystko co w sercu zostało – nieustająca duma GKS-u
a niech mnie, jeszcze to pachnie jak wczoraj – ten biegliński deszcz na stadionie w katowickim kopcu, lipiec 1986, upał taki że powietrze drgało, a my z chłopakami z bloku pod blokiem zebrani w ogromnym tłumie wokół radiowozu, której kolumna stała ledwie dziesięć metrów od blatu z piwem w ręku, a wiadomość niosła się lotem ptaka: "już grają, już dogrywka!". pamiętam oczy starego kowalskiego, którego syn od kilku lat grał w tym zespole, że mu łzy płynęły strumieniem po policzkach – "oni robią to dla nas, dla całego katowickiego zagłębia, i jemu, temu chłopakowi, co lata temu na miejskim boisku kopał piłkę gołymi stopami!". potrafiłem w tamtym momencie powiedzieć za wszystkich: to nie było boisko tam, na górze, to było serce całego miasta. i gdy sędzia gwizdnął koniec dogrywki, a kapitan, ten wielki rudzielec z nazwiskiem pod które podeptalibyśmy butami przyjaciela bez chwili wahania, uniesienie ramion w stronę kibiców – to coś co się w człowieku zostaje do końca życia. my, kibice, wtedy naprawdę byliśmy drużyną, a drużyna była nami. nie pamiętam wyniku – niech mnie szlag trafi jeśli zapamiętałem jaki był, bo liczyło się tylko to, że trzymaliśmy się za ręce w tym tłumie, śpiewaliśmy na całe gardła, a hasło "razem na zawsze" brzmiało jak modlitwa albo zaklęcie. do dzisiaj jak spotykam kumpli z tamtej ferajny, to wystarczy jedno spojrzenie i wiadomo – w sercu zostało złoto i zieleń. 😄
No do licha, a mnie się ten lipcowy skwar z 86-wki podoba tym bardziej, bo ja właśnie tamtego lata byłem w szkole podstawowej i ledwo co wyrosłem na nogi, a już mój stary wyciągnął mnie na to piekło sprzed stadionu 🔥 Wszystko pamiętam jak przez mgłę, ale ten zapach grilla z blokowiska obok, te "hajcze" co leciały z radiowozu co chwila, i ten wrzask kiedy padł gol – że niby osobiście wbiegłem na murawę i go kopnąłem!!! 😱 Aż mnie ojciec za uszy przyłapał, że jadę z pięściami w powietrzu jak bokser, a wszyscy dookoła byli cali mokrzy od potu i piwa, no ale jak nie krzyczeć jak całe miasto się świętuje?!
A najgłupsze to fakt, że nawet nie wiem jak padła dogrywka – bo mój kumpel z ławki, coś tam gadali o karnych, ale mnie tam nic nie obchodziło prócz jednego: że moi weszli na trybuny i wygrali, a my, dzieciaki z bloków, byliśmy tymi, którzy ich dopingowali od samego początku! Stary Kowalski miał rację – naprawdę grali dla nas, a my graliśmy dla nich na trybunach swoimi głosami!
Jak teraz patrzę na zdjęcia z powrotem z kopca, to aż gęsia skórka – ci sami chłopcy co potem szli z nami na każdy mecz, ci sami co teraz spotykają się w knajpie i ryczą przy "razem na zawsze". A ten puchar? Szlag by to trafił jaki był wynik, bo on jest w nas od tamtej pory – w każdej złoto-zielonej szarfie na szyi, w każdym śpiewie na trybunie, w każdym piwie podawanym z ręki do ręki. Po prostu w sercu zostało, i tyle 💪🔴
Serce z drużyną, głowa na pauzie.
no niech mi ktoś powie, a ja wam coś podrzucę – że niby nie pamiętam tamtej nocy sprzed kopca, to nieprawda. bo ja miałem wtedy lat piętnaście, a mój brat starszy, ten co to grał w rezerwach, postawił mnie przy radiu jakbym to był święty gaj i kazał słuchać co szefowie gadają. tylko że ja, młody dureń, to jeszcze naiwniutki byłem, więc kiedy podano wynik 2:1, to nie wiedziałem nawet kto strzelił – no bo te radio zrobione było na chrząszcza, syczenie straszne, a mój brat tylko się uśmiechnął i powiedział: "spokojnie, synku, bo to gra GKS, oni zawsze mają niespodzianki w zanadrzu".
i co? on miał rację. bo następnego dnia na szkolnym boisku, jak się zebraliśmy w piątkę z kolegami, to jeden z nich – ten co miał tatę w ekstraklasie – zaczął opowiadać że niby piłkarze piją za nami w knajpie na rynku, a my, dzieciaki, tylko patrzyliśmy na siebie i myśleliśmy: "kurde, my jesteśmy ich drużyną". i wieszcie co zrobiliśmy? wzięliśmy sobie równo po pół litra oranżady, bo nie mieliśmy piwa, ale śpiewaliśmy tak głośno, że nauczycielka wyszła z klasy i tylko pokręciła głową, że "znowu te Katowice".
a najfajniejsze? że potem, jak mój brat pierwszy raz wyszedł w pierwszym zespole, to na trybunie zachowywaliśmy się jak ci prawdziwi kibice – pomalowani, z flagami, i kiedy on strzelił gola, to my, stara ferajna, rzuciliśmy się na niego jak na trybunę, a on tylko się zaśmiał i powiedział: "no widzicie, jednak mieliście rację". i wtedy zrozumiałem, dlaczego te stare baby mówią, że kibicowska duma to jak dobry chleb – im więcej lat, tym lepiej smakuje.
no ale zobaczymy
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
Ej, weźcie no pomyślcie chwilę – ta drużyna z 86-ki to był taki start dla mnie, że do dzisiaj jak patrzę na ich zdjęcia, to aż mi ręce same drżą. Miałem wtedy może ze dwanaście lat, a mój wujek, stary bywalec na kopcu, brał mnie na wagary (bo co tam, "ważne jest, żebyś zobaczył ten mecz na żywo, chłopcze"), i wsadził na barana, żebym choć kawałek trybuny ogarnął. Patrzę na boisko, a tam moi, chłopaki z blokowisk, którzy przed tygodniem jeszcze biegali po dziedzińcu, a teraz grali tak, jakby od tego jednego meczu zależało, czy całe miasto przeżyje. Nic nie było wymyślone, nic nie było ułożone – to była zwyczajna, twarda walka, taka, że nawet jak padł ten siódmy gol w dogrywce, to nikt nie wiedział, kto go strzelił, bo przecież kibice byli jedną duszą z tymi chłopakami na murawie.
A teraz? Teraz mamy drużynę, która wisi na cienkiej nitce. Nie chcę być zgorzkniały, ale powiem wam szczerze – tamta drużyna grała z takim ogniem, jakby mieli w sercu złoto-zieloną żyłę. Oni nie bali się nikogo, bo przecież wiedzieli, że za ich plecami stoi całe miasto, które śpiewa razem z nimi. Dzisiaj te chłopaki na boisku mają święte prawo, żeby myśleć o transferze do większej ligi, o kontraktach, o tym, co będzie jutro. A kibice? Myślę, że część z nas zapomniała, że kibicowanie to nie tylko śpiewanie hymnu i picie piwa w niedzielne popołudnia. Tamci chłopcy z 86-ki grali dla nas – naprawdę. Dzisiaj czasem mam wrażenie, że oni grają raczej dla siebie, a my dopingujemy dla siebie.
No ale nie dramatyzujmy – GKS to GKS, zawsze był i zawsze będzie. Ta zieleń i złoto to nie kolory, to coś więcej, co siedzi w każdym z nas od pokoleń. I choć dzisiaj drużyna wygląda inaczej, to jedno wiem na pewno: kiedy wracają wspomnienia z tamtego lata, to ani aktualne wyniki, ani rankingi nie mają tu nic do rzeczy. Bo złoto i zieleń zostały w nas na zawsze – i tyle.
Najpierw policz, potem się spieraj.
a ja wam powiem, że tamtego roku, jak szedłem z bandą z wujkiem na ten pucharowy finał, to nawet nie myślałem o wyniku – bo cóż to znaczy jeden mecz? ledwie coś, co zostawia ślad w gazetach na jutro. ale pamiętam ten moment, jak facet obok mnie, ten z kapeluszem na bakier, który zawsze nosił nasze flagi w walizce jak relikwie, to on tak powiedział do mnie: "słuchaj, chłopcze, dzisiaj nie gramy o puchar, gramy o to, żeby ci co później czytać o nas w książkach historii mieli choć jeden dobry powód do dumy".
i masz, jeszcze dziś jak sięgam pamięcią, to widzę jego twarz – mokrą od deszczu, ale uśmiechniętą jakby mu ktoś dał niespodziankę, a przecież za chwilę mieliśmy stać pod tym radiem, które ledwo zipało, i czekać na wiadomość, że znów jesteśmy niepokonani. bo to nie był mecz z jakąś tam drużyną – to było spotkanie, które miało nam pokazać, że nawet jak jesteśmy mali, nawet jak nikt za nami nie stoi, to złoto i zieleń są w nas tak mocno, że aż boli.
a później, jak już padło to 2:1 i sędzia gwizdnął koniec, to ten sam facet, ten z kapeluszem, rzucił się na mnie jak niedźwiedź, a ja myślałem, że mnie rozdepcze, bo wszyscy krzyczeli, śpiewali, a on tak po prostu objął mnie i mówi: "widziałeś? widziałeś, że oni nas słyszą?". i ja wtedy nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo niby co – że tak, słyszę, ale to nie ja wygrywałem tego meczu.
teraz, jak patrzę na te stare zdjęcia, to widzę jego twarz znowu – i myślę, że ten puchar, on nie do końca tam na szafie stoi u prezesów. on jest w tych, którzy mieli szczęście być wtedy w tłumie, w tych, którzy potem przekazywali ten zapał dalej swoim dzieciom, swoim wnukom. bo GKS to nie jest drużyna, którą się kocha – to jest coś, co cię kocha, nawet jak jesteś daleko od stadionu. 😄
Poogląda się tyle co ja i się zrozumie.
No to mi tu ktoś nawijał o „pucharze w sercach”, jakby był to jakiś magiczny amulet, co to wisi w szufladzie i działa przez dekady – a mnie się zdaje, że tamtym chłopakom z 86-ki by się uśmiechnęli, gdyby mogli zobaczyć, jak GKS dzisiaj latami kopie się po kolanach w Ekstraklasie, zamiast walczyć o coś więcej niż utrzymanie. Oczywiście, święta prawda, że tamten finał był dla nas świętem, które zostało w duszy, ale żeby kogoś wziąć za łeb i mówić, że „oni grali dla nas” – no nie do końca, bo przecież oni też chcieli te dwadzieścia parę tysięcy na trybunie zobaczyć, a co dopiero puchar w ręce!
I jeszcze ten cały bajer o „jednoczeniu się miasta” – no dobra, może akurat tamtego lipca Katowice naprawdę były jednolite, ale dzisiaj? Jak na meczu GKS-u można zobaczyć na trybunie zarówno chłopaków zza zakrętu, co to przyjechali kibicować z mysłowickiego bloku, jak i tych, co to przywożą flagi na autach z Czech, to aż mi się coś ściska w środku, ale nie dlatego, że jesteśmy jedną drużyną, tylko dlatego, że mamy tyle różnych narodowości na trybunie, co dobrego barszczu w słoiku na pierwszym meczu sezonu. To nie krytyka, tylko fakt – świat się zmienił, a my tak bardzo chcemy wrócić do tamtych czasów, że zapominamy, że teraz nie wystarczy zaśpiewać „razem na zawsze”, żeby dostać się do europejskich pucharów.
A ten numer z „kibice byli drużyną” – no przepraszam bardzo, ale jak Patryk ma na nogach buty za trzy tysiące, a ja przychodzę na stadion z butami, co je dostałem od kolegi z pracy jako wiadomość „na boisko”, to jakoś nie czuję, że jesteśmy jednym organizmem. Tamci chłopcy grali w kopcu, gdzie każdy szedł pieszo albo tramwajem numer osiemnaście, a dzisiaj? Niektórzy kibice przyjeżdżają na mecz prywatnym samolotem, bo „nie ma czasu na samochód”. To się nazywa postęp czy rozpad?
Ale niech tam, GDYBY ktoś mnie spytał, co bym chciał, to powiedziałbym szczerze: niech nam wrócą tamte emocje z 86-ki, ale nie przez nostalgię, tylko przez to, że dzisiejsza drużyna wreszcie zacznie grać tak, jakby miała w dupie cały świat oprócz złoto-zielonych barw. Bo jak nie, to ten puchar w sercach zostanie tylko pięknym wspomnieniem, a nie tym, co naprawdę da się dzisiaj obronić na murawie.
Prowadzę własne tabele co kolejkę 📊
ej no nie mówcie, że nie pamiętam tej ferajny z naszego osiedla, co to zebrała się pod blokiem na próbę generalną finału, tylko zamiast oglądać mecz, to kombinowali jakby to był mecz charytatywny "pomóżcie starszej pani przenieść meble"! Stary Antoni, ten co to miał syna w rezerwach, przyczepił sobie do pleców radiomagnetofon starego Włodka taki duży jak pudło po lodówce, a ten to ledwo zipał, ale co tam – "dla kibiców to nie ma siły!", wrzeszczał. No i całe osiedle słyszało każde słowo sprawozdawcy, a jak padło "dogrywka, dogrywka!", to pani Halinka z parteru, która normalnie lała nam z okna wodą jak na niedźwiedzia, to wyszła w samej halce i zaczęła klaskać w rytm "razem na zawsze" z wiaderkiem w ręku – myślałem, że to kapelusz kibica, a tu proszę, wiaderko!
No i później, kiedy już było po meczu, a my wszyscy smutni, że niby 2:1 i tyle, to nagle przyjechał facet na motorze z transparentem "GKS KATOWICE – PIERWSZY PUCHAR W HISTORII!", a ten radiomagnetofon im dosłownie z pleców spadł od wstrząsu i zrobił "brzydzzzz" jak stara płyta winylowa. Stary Antoni tylko powiedział: "ej, widać los chciał, żeby i dźwięk był oryginalny, nie?" i dalej piliśmy piwo w cieniu, bo nikt nie pamiętał, że tramwaj numer 8 do centrum odjeżdża za dziesięć minut. 🤣🔥🍿
Memy to też analiza.